Najbliższe wydarzenie:


student mobility

FSS » Relacje z pobytu

Dzięki programowi FSS, Norway Grants miałam okazję pojechać na rok do Norwegii. Dla mnie ta wymiana to była szansa na rozszerzenie moich horyzontów, poznanie innych standardów nauczania, innej kultury, ale przede wszystkim poznanie wspaniałych ludzi z różnych krajów, nawet kontynentów.
Nauka w Norwegii wygląda inaczej. W drugim semestrze mojego pobytu miałam okazję wzięcia udziału w projekcie, co w Polsce na poziomie licencjatu jest trudne. Mogłam sama przebywać w laboratorium, robić eksperymenty i musiałam sama planować jak one mają wyglądać. Dało mi to niepowtarzalne doświadczenie, które wpłynie na moją przyszłość.
Od rozpoczęcia nowego roku, mieliśmy swoich mentorów. Byli to studenci norweskiego uniwersytetu, który organizowali nam czas wolny. Przez pierwszy tydzień uczestniczyliśmy w ‘tygodniu integracyjnym’, który jest organizowany dla wszystkich studentów pierwszego roku. Między innymi byliśmy na koncercie w studenckim lokalu, mieliśmy spotkanie w pizzerni (dostaliśmy dużą zniżkę na pizzę) i zorganizowane gry i zabawy na innym kampusie. Dzięki temu tygodniowi nasza grupa się dobrze poznała. Nie tylko ten event nas zbliżył. Buddy pilnowali, byśmy się spotykali i spędzali razem czas. Na początku roku mieliśmy prezentację ‘jak przetrwać w Norwegii’ mówiącą o kulturze Norwegii, jak zachowują się ludzie i jak przetrwać zimę. Dla ludzi z Nepalu była to ważna informacja.
Studia w pierwszym semestrze były interesujące. Miałam laboratoria z przedmiotu biotechnologia przemysłowa i wykłady z biochemii i biologii molekularnej. Wykłady nie były obowiązkowe. Na zajęciach mieliśmy gry i logiczne zabawy. Wykładowca używał podczas lekcji slajdów, które zostały nam udostępnione na witrynie internetowej fronter. Zaliczenie zajęć polegało na napisanie egzaminu końcowego. Egzamin trwał 4h, był na dużej sali i nie pilnowali nas nigdy nauczyciele. Były to osoby, które zostały do tego zadania specjalnie zatrudnione (najczęściej byli to emeryci).
Zajęcia z biotechnologii przemysłowej przeplatały się wykładami, 3 razy 45min (w Norwegii pomiędzy zajęciami są 15min przerwy i są zawsze przestrzegane) i laboratoriami (8h trwało jedno laboratorium). Laboratoria były bardzo złożone, wymagające uwagi i przygotowania przed zajęciami (protokoły z zajęć otrzymywaliśmy kilka dni przed). Niestety nie zawsze czytaliśmy protokoły i robiliśmy błędy. Sprzęt w laboratorium był nowoczesny. Każda grupa miała swój własny komplet pipet automatycznych, zlewki i probówki leżały w otwartych szafkach i każdy mógł ich używać ile chciał. Niestety po każdym laboratorium trzeba było napisać raport, tylko nie wyglądał on jak w Polsce. Każdy raport musiał zawierać streszczenie, wstęp teoretyczny, wstęp praktyczny, wszystkie wyniki i dyskusję. Sprawozdania sprawdzała Anne, która była jedną z prowadzących zajęcia, ale nie główną. Żaden z nas nie potrafił pisać takich sprawozdań i była ona dla nas bardzo miła. Jak sprawdzała raport pierwszy raz i nie został on zaakceptowany pisała uwagi i mieliśmy czas na poprawę go. Było to dużym ułatwieniem i dzięki temu nauczyłam się jak pisać prawdziwe raporty.
W czasie roku akademickiego został zorganizowany dzień kultury. Był to dzień otwarty na uniwersytecie, w czasie którego różne grupy kulturowe przygotowały jedzenie ze swoich krajów. Ja z koleżankami z Polski, poznanymi na uniwersytecie w Hamar, przygotowałyśmy dania z Polski. Na produkty dostałyśmy 400 koron od szkoły i mogłyśmy zamówić taksówkę, która przywiozła jedzenie (koszt pokryła szkoła). Przygotowałyśmy naleśniki z twarogiem i dżemem ( twaróg miałyśmy z Polski, bo w Norwegii nie występuje), pierogi ruskie, jajka z sosem tatarskim, kisiel, pokroiłyśmy kiełbasę z Polski i ciasto drożdżowe ze śliwkami. Najbardziej popularna była kiełbasa i bardzo szybko zniknęła. Na evencie byli reprezentanci Chin, Nepalu, Hiszpanii, Filipin, Norwegii, Ukrainy, Pakistanu i innych. Grał zespół i przyszło dużo ludzi z miasta. Była miła atmosfera. Większość przyszła się najeść egzotycznych potraw.
Na zakończenie pierwszego semestru tradycją jest, by zorganizować wigilię. Niestety żaden z buddy nie mógł tego zrobić. Ja z dwiema koleżankami ją zorganizowałyśmy. Sala została wynajęta na uniwersytecie i zamówiłyśmy catering. Musiałyśmy dokupić napoje i ozdobić salę. Wszystko to zrobiłyśmy w 4 dni. Impreza się udała.
W drugim semestrze prawie wszyscy z wymiany z Europy wrócili na swoje studia (zostałam tylko ja i jeden student z Francji), ale miało przyjechać 12 nowych. Związku z tym, że był to mój drugi semestr w Hamar i byłam na wymianie studenckiej zostałam buddy. Moją rolą było odebranie i rozmieszczenie nowych osób w akademiku.
W Hamar akademiki są w dwóch miejscach. Jedne są bliżej uniwersytetu, są one odnowione i zazwyczaj czynsz jest tam wyższy. Starsze akademiki znajdują się jakieś 15 min piechotą od campusu. W tych drugich mieszka większość studentów z wymiany. Akademik, w którym ja mieszkałam znajdował się 15 min od uniwersytetu. Są to dwa budynki na małym wzgórzu (z wyższych pięter jest widok na jezioro Mjøsa). Do każdego budynku jest kilka wejść, do których każdy mieszkaniec ma klucz (do wszystkich zamków jest jeden klucz). Większość stuentów mieszkała w apartamencie, w którym były dwa pokoje i jedna łazienka. Kuchnia jest jedna na kilka pokoi. Według moich norweskich kolegów, jest to niski standard w akademiku (w porównaniu do polskiego jest luksusowo). Nie ma recepcji. Wszystkie uszczerbki są zgłaszane online przez portal, na który trzeba było się zalogować by wybrać pokój. Większość studentów z wymiany było w tym samym apartamencie.
Jako, że byłam mentorem oprowadzałam nowo przybyłych po Hamar. Nie była to długa wycieczka, tylko z najważniejszymi punktami i wskazaniem kierunków, gdzie warto się udać. Jak wszyscy studenci przyjechali, mieliśmy imprezę zapoznawczą, po której kilka osób umówiło się na spacer następnego dnia.
Z nowym semestrem zaczęłam nowe przedmioty. Były to laboratorium z biochemii/biologii molekularnej, kilka godzin języka norweskiego i najważniejszy - projekt.
W moim projekcie, wraz z koleżanką, zajmowałam się białkami, które łączyły komórki. Musiałam hodować komórki, by później je zniszczyć lub zimmobilizować i testować antyciała na białko, które chciałam wykryć. Po jakimś czasie nasze projekty trochę się różniły. Ja dostałam nowe medium, w którym rosły komórki. Nie zawierało ono medium, przez to komórki po jakimś czasie zaczynały się rozdzielać. Koleżanka za to dostała inną linię komórkową. Była to ciężka praca. Dużo razy musiałam spędzać po 10h w laboratorium, pisać dziennik laboratoryjny i na końcu napisać raport.
Nasze warunki pracy: dostałyśmy oddzielne miejsce w master lab (miejsce, w którym każdy student magisterki miał swoje stanowisko) i pracowałyśmy w cell lab. Do obu laboratoriów miałyśmy swobodny dostęp, nikt nam nigdy nie bronił dostępu. W master lab, było pomieszczenie z odczynnikami, z których mogliśmy do woli korzystać, tylko musiałyśmy nauczyć się ich szukania. Jak nam czegoś zabrakło, musiałyśmy to zgłosić do przełożonej laboratorium i w krótkim czasie było to uzupełniane. W cell lab nie wykonywałyśmy żadnych eksperymentów, tylko hodowałyśmy komórki w inkubatorze (to wiązało się ze zmianą medium, trypsynacją itp.). W master lab wykonywałyśmy wszystkie eksperymenty (elektroforeza, western blotting, immunostaining). Nikt nas nie pilnował. Oczywiście na początku pokazali jeden raz jak coś zrobić, ale potem musiałyśmy to robić same. Jak czegoś nie umiałaś, mogłaś się zapytać swojego przełożonego, a on ci pomagał. Nauczyciel wyznaczał nam zadania, które miałyśmy wykonać i musiałyśmy to zrobić same. Czasami musiałyśmy pisać protokoły do eksperymentów bez pomocy. Dzięki takiemu podejściu nauczyłam się poprawnie przeprowadzać eksperymenty, pisać do nich protokoły i być bardziej odpowiedzialna za swoją pracę.
Oczywiście w drugim semestrze nie tylko się uczyliśmy, ale też mieliśmy zorganizowane wycieczki, wieczory filmowe, nocne gry, imprezy, chodziliśmy na szkolny basen i wiele innych atrakcji.
Pierwszym naszym wspólnym wyjazdem była wycieczka do Budor, gdzie został zorganizowany dzień aktywności zimowych, których brały udział inne campusy uniwersytetu. W atrakcjach było między innymi wypróbowanie nart biegówek i zjazdy na donuts. W tym dniu każdy z nas zaliczył upadek, bo nie było opcji nie wywrócenia się na dziwnych nartach i koziołkowania, podczas zjazdu w swoim donacie.
Drugą naszą wycieczką, zorganizowaną przeze mnie i moją koleżankę, była podróż do Vinterparten w Lilehammer. Był to niesamowity park pełen skandynawskich bajek i budynków z lodu. Na ulicy były przedstawienia, można było zobaczyć Królową Śniegu i inne postacie z powieści, ale to trolle królowały.
Jakie było życie w Norwegii?
Pierwsze co mi przychodzi do głowy to – drogie. Tylko dzięki programowi FSS mogłam żyć tam bez problemów finansowych. Na początku, gdy porównywałam ceny byłam przerażona, a gdy wracałam do Polski stwierdzałam, że wszystko jest tanie.
Po tej myśli stwierdziłam, że mój wyjazd był pełen zapierających dech widoków, ciężkiej pracy w laboratorium i nad raportami, wspaniałych przyjaźni i niezapomnianych wspomnień.
Może nie zawsze szło po mojej myśli, ale zdecydowanie polecam NORWEGIĘ.
Iwona Kornowicz


  


Relacje z pobytu:
student mobility ♦ administrative staff mobility in Hedmark ♦ administrative staff mobility in Bydgoszcz ♦ student mobility ♦ student mobility  ♦ student mobility ♦